Ja ci tłumaczę, dlaczego używasz niepoprawnego słownictwa i że to jest szkodliwe, a ty dalej swoje 
Super, że używasz tego, co używasz, ale to się ma nijak do prawidłowego nazywania rzeczy. A prawidłowa terminologia ma znaczenie, bo Outlook to nie jest żaden „standard” – to produkt jednej firmy.
Standardem w poczcie elektronicznej są otwarte protokoły: SMTP, IMAP, MIME, a format wiadomości to .eml opisany w RFC. Outlook jest jedną z wielu aplikacji, która te standardy obsługuje, ale msg to już format własnościowy Microsoftu, który poza ekosystemem tej firmy nie jest żadnym standardem.
Jeśli coś wymaga konkretnej aplikacji konkretnego dostawcy, żeby w ogóle działało – to nie jest standard, to właśnie vendor lock-in. I to jest sedno problemu z nazywaniem Outlooka standardem: przyjmując takie założenie, nieświadomie zgadzasz się, że cały świat powinien używać narzędzi Microsoftu. A to jest teza, której chyba nikt wprost by nie obronił.
Kiedy ktoś mówi „Outlook to standard”, zazwyczaj nie robi tego złośliwie. Po prostu używa tego, co ma w pracy, od lat, i to mu działa. Ale właśnie dlatego takie opinie są trudne do podważenia i jednocześnie naprawdę szkodliwe.
Jak to działa w praktyce?
Decydent w firmie czy instytucji słyszy od swoich pracowników, że „wszyscy używają Outlooka”, że „to standard”. Na tej podstawie podpisuje kolejną umowę licencyjną z Microsoftem. Nie dlatego, że porównał oferty, przeanalizował alternatywy albo sprawdził, czy otwarte rozwiązania pokryłyby te same potrzeby. Po prostu dlatego, że nikt nie zakwestionował założenia.
Microsoft zresztą doskonale wie, co robi – format .msg nie jest przypadkiem. Dane uwięzione w formacie, który trudno otworzyć poza ekosystemem producenta, to skuteczny sposób na to, żeby klient nigdy nie odszedł. Migracja staje się kosztowna i bolesna, więc zostaje się „dla świętego spokoju”. To klasyczny vendor lock-in, tylko że ubrany w język oczywistości.
Dlaczego to konserwuje rynek?
Bo alternatywy istnieją – Thunderbird, Evolution, Fastmail, Proton Mail, a w środowiskach korporacyjnych np. Nextcloud bez konieczności kupowania licencji Microsoftu. Ale żadna z tych alternatyw nie ma szansy, jeśli już na poziomie języka jest wykluczona jako „niestandardowa” albo „druciarstwo”.
Rynek oprogramowania nie jest zablokowany przez złe prawo ani technologiczną niemożność. Jest zablokowany przez przyzwyczajenie, które zostało wyniesione do rangi normy. I każda opinia, która nieświadomie to utrwala, dokłada cegiełkę do muru, przez który alternatywy nie mogą przebić.